Translate
sobota, 9 marca 2013
Rozdział 7
... byłam przerażona, sama z dala od jakichkolwiek istnień ludzkich...jakiś lodowaty człowiek całował mnie i nie wiadomo co mu jeszcze przyjdzie do głowy. Odwróciłam się co chyba nie było najlepszym pomysłem. Przede mną stał... DUCH!!! Najzwyklejszy duch, w mundurze, biały, na pół przeźroczysty, dość młody. Na naszywce na mundurze widniał napis "kap. James Willson". "Przecież to był generał, a nie kapitan... Czy generał Willson miał syna?" Nie było to teraz ważne. Moje wcześniejsze rozmyślanie trwało ułamek sekundy. Wcześniej nie uciekałam, bo bałam się, że ten ktoś ma broń ale teraz gdy wiem, że to jest duch... OMG moje myśli były przedziwne bo kto zastanawiał się kiedyś czy duchy mają broń. Rzuciłam się do ucieczki, ale James był szybszy i chwycił mnie obiema rękami po czym przyciągnął do siebie. Gdyby tylko Liam tu był... Niestety on nie pojawiał się. Rozmyślił się, czy może pomyślał, że nie znalazłam kartki i wrócił do domu... Byłam zdana na zachcianki ducha...
*Oczami Liama*
Była już 14:00 a ona wciąż się nie zjawiała. "Zresztą, byłem głupi. Czemu Amanda miała by w środku grilla zostawić wszystkich i pójść do swojego pokoju, po czym znaleźć kartkę, przeczytać ją i cała w skowronkach przybiec tu do mnie i rzucić mi się na szyję?! To nie możliwe. Traktowała mnie jak innych chłopaków, nie podobałem się jej. Byłem przyzwyczajony do tego, że ta ja byłem tym NAJGORSZYM z zespołu. Reszta chłopców jest przystojna, szalona, wyluzowana... mają pełno fanek, a o mnie się zapomina i zawsze mówią "Ten... ta podróbka Harry'ego" zawsze byłem uważany za spokojnego i opanowanego, a nawet czasami nudnego i zapoważnego. Czemu więc taka wspaniała i idealna dziewczyna jak Ama miała by się zakochać w kimś takim jak ja?! Na pewno od zawsze podoba jej się Harry, zresztą jak zwykle... Może teraz całują się gdzieś w domu z dala od innych... Jestem żałosny..." Z takimi rozmyśleniami wstałem z kamienia i szybkim krokiem poszedłem do domu. Wszyscy bawili się tam w najlepsze. Jednak nie widziałem Amandy.
- Gdzie jest Ama- zapytałem
- Mówiła, że idzie na umówioną wizytę u dentysty i, że nie wie kiedy wróci.- odpowiedział szybko Hazza.
Zdziwiło mnie to trochę. Tak nagle sobie przypomniała?! Zdawała się być uporządkowaną osobą która nigdy o niczym nie zapomina... Nie myślałem nad tym długo. Poszedłem do jej pokoju i zauważyłem, że kartka która leżała na poduszce, teraz była włożona do jakiegoś zeszytu leżącego na etażerce. Musiała przeczytać list i... Zbiegłem da dół.
- O której wyszła? Ile jej już nie ma?- krzyczałem jak opęntany prosto w twarz Harry'ego.
- Uspokój się!!! Wyszła koło 12:30!!! Teraz jest 15:00 to nie ma jej tylko 2,5 godziny!!! To, że raz zniknęła, nie znaczy, że zniknie znowu!!!- krzyczał Harry
Nie skomentowałem tego. Po prostu poszedłem. Z powrotem do ruin. Jednak tym razem poszedłem do tych, które są o wiele bliżej domu... Po dwudziestu minutach doszedłem do ruin. Usłyszałem, że ktoś płacze (?) Podbiegłem bliżej. Na brudnej, starej posadzce, w podartej sukience, w rozczochranych włosach z rozmazanym makijażem, siedziała AMANDA!
- Boże co się stało?!- z przerażeniem zapytałem, gdy tylko podszedłem bliżej. Ona nic nie odpowiedziała, tylko przytuliła mnie z całej siły.
- Chdźmy do domu...- szepnęła
- Ama co jest?
- Nie ważne... Choźmy...
Nie pytałem się jej o szczegóły. Przez całą drogę, Ama trzymała się mnie z rękę i szła z głową wtuloną z moje ramię, co mimo pozorów nie było spowodowane zakochaniem, ale raczej... PRZERAŻENIEM, STRACHEM... Gdy doszliśmy do domu, Amanda puściła moją dłoń i pobiegła do siebie. Spojrzałem na moją rękę, była na niej... krew. "Boże co się tam stało?!" myślałem cały czas. "To moja wina... To ja ją prosiłem, żeby tam poszła sama." Usiadłem pod jej drzwiami i czekałem... czekałem... czekałem... czekałem 2 godziny. po tym czasie, z pokoju wyszła Amanda. Natychmiast wstałem. Była trochę zdziwiona moją obecnością. Jej mina sprawiła, że język uwiązł mi w gardle... Nie wiedziałem co powiedzieć.
- Co ty tu robisz? Czemu siedzisz pod moimi drzwiami?- zapytała
- Bo... Ja... to znaczy... chciałem się zapytać... nie chodzi o to, że... no... mmm...- jąkałem się
- O co chciałeś się zapytać?- zapytała słodkim głosem lekko się rumieniąc, natomiast ja byłem pewny, że spaliłem buraka...
-Pewnie nie będziesz chciała mi powiedzieć- zacząłem- ale co tak właściwie zaszło w tych ruinach?
- Masz rację...
Nie zabardzo wiedziałem z czym "MAM RACJĘ" ale nie powiedziałem nic więcej. Delikatnie wyciągnąłem dłoń w jej kierunku. Ona chyba tego nie zauważyła, a raczej nie chciała widzieć. Zbiegła na dół, nie czekając na mnie... Zasmucony zsunąłem się po ścianie na podłogę i ukryłem twarz w ramionach..."Jestem żałosny" powtarzałem sobie w myślach...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz